Priv
Prawo Murphy’ego miało tamtego dnia wyjątkowo dobry humor. Kopiarka zacięła się dokładnie wtedy, kiedy nie miała prawa się zaciąć. Klient siedział już u kierownika, dokumenty trzeba było przygotować na wczoraj, a urządzenie wyświetliło komunikat, jakby właśnie ono jedno miało dziś decydować o losach świata. W banku takie drobiazgi potrafią urosnąć do rozmiarów małej katastrofy. Wystarczy, że coś przestaje działać, a ludzie od razu robią miny, jakby za chwilę miał runąć system finansowy całego kraju.
Telefon do serwisu wykonałam niemal odruchowo, bez zbędnych emocji. Nie dlatego, że byłam taka opanowana. Po prostu nie miałam czasu się zirytować. Złość, podobnie jak rozpacz czy sentymenty, to luksus dla ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na pięć minut bezczynności. Ja nie mogłam. Musiałam wziąć papiery i lecieć do drugiego pokoju, do kopiarki Moniki, bo klient nie będzie przecież siedział wiecznie u kierownika z miną człowieka, któremu należy się wszystko natychmiast, łącznie z moim spokojem.
Kiedy serwisant przyszedł, byłam już na zakręcie korytarza. Zobaczyłam tylko walizkę narzędziową, kawałek ciemnej kurtki i ochroniarza, który stał w drzwiach z miną człowieka pilnującego wejścia do skarbca, a nie zwykłej kopiarki. W banku wszystko lubiło udawać, że jest ważniejsze, niż jest naprawdę. Drzwi były ważne. Ton głosu był ważny. Pieczątka była ważna. Nawet papier, dopóki się nie zacinał, zachowywał się tak, jakby od niego zależał los państwa.
Gdy wróciłam do pokoju z plikiem kopii pod pachą, urządzenie działało już bez zarzutu. Na biurku leżał blankiet z pieczątką firmy i informacją o usunięciu usterki. Przez szklaną ścianę mignął mi tylko odchodzący mężczyzna z walizką i ochroniarz, który coś do niego mówił. Serwisant nie obejrzał się ani razu. Nie zobaczyłam twarzy. Nawet nie próbowałam jej sobie wyobrazić. W tamtej chwili ważniejsze było to, że kopiarka znowu współpracowała, a klient nie zdążył jeszcze zacząć robić scen.
To w sumie zabawne, jak wiele rzeczy zaczyna się od sytuacji, którym nie przypisujemy najmniejszego znaczenia. Od drobnych usterek, od przypadkowego spojrzenia, od czyjegoś zapachu, od jednej chwili, którą człowiek od razu odkłada do szuflady z napisem nieważne, a potem nagle okazuje się, że właśnie tamten drobiazg był pierwszą kostką domina.
***
Zgłoszenie wyglądało zwyczajnie. Urządzenie wielofunkcyjne, oddział banku, brak poboru papieru, dokumenty pilne. Wszystko bywa pilne, kiedy przestaje działać coś, od czego ludzie uzależnili sobie dzień. Z takimi awariami jest jak z życiem. Dopóki wszystko chodzi, nikt nie zwraca uwagi. Gdy coś się zatnie, nagle okazuje się, że świat nie potrafi sobie poradzić z jedną pogiętą kartką.
Do pokoju wpuścił mnie ochroniarz. Biała bluzka, szybki ruch, głos kogoś, kto od rana nie ma czasu na głębszy oddech. Powiedziała, że musi skorzystać z kopiarki gdzie indziej i zaraz wróci. Nie pamiętam twarzy. Prawdę mówiąc, nawet nie próbowałem jej zapamiętać. W takich miejscach człowiek od serwisu jest od tego, żeby patrzeć na urządzenie, nie na ludzi. Ludzie patrzą przez niego albo obok niego. Jest potrzebny tylko przez chwilę, dopóki coś nie zacznie znowu działać.
A jednak zapamiętałem kilka szczegółów. Na biurku stało zdjęcie dziewczynki. Długopisy leżały równo jak na wystawie. Zszywacz ułożony prostopadle do nich. Wszystko miało swoje miejsce. Był w tym jakiś wysiłek. Nie zwykły porządek, tylko porządek wypracowany, pilnowany, może nawet trochę rozpaczliwy. Taki, jaki człowiek narzuca przedmiotom, kiedy we własnym życiu nie ma już pełnej władzy nad niczym.
I był jeszcze zapach perfum. Bardzo delikatny. Taki, który nie narzuca się człowiekowi, tylko osiada gdzieś z tyłu głowy i porusza ciche struny wspomnień. Nie od razu skojarzyłem jakich. Dopiero później dotarło do mnie, że podobnych perfum używała kiedyś moja żona. Nie tych samych. Podobnych. Takich, które czuje się bardziej wtedy, gdy kogoś już nie ma, niż wtedy, gdy stał obok. Może dlatego zapachy bywają groźniejsze od zdjęć. Zdjęcie pokazuje twarz. Zapach przywraca obecność.
Naprawa zajęła mi kilka minut. Zacięta kartka, zabrudzona rolka, nic wielkiego. Zostawiłem blankiet, podpisałem się i wyszedłem. Minęliśmy się w drzwiach albo może kawałek dalej, nie jestem pewien. Pamiętam tylko stukot obcasów i to, że znowu na moment poczułem ten sam zapach. Nie widziałem wtedy powodu, żeby o tym myśleć dłużej. Miałem swoje zgłoszenia, swoją robotę, swoje milczenie w domu i córkę, która coraz częściej patrzyła na mnie jak na człowieka, którego obecność niczego już nie naprawia.
A jednak coś z tamtej chwili zostało. Nie w pamięci, bo ta jest wybredna i lubi wyrzucać twarze. Zostało gdzieś pod nią. Jak zadra, której człowiek nie widzi, dopóki przypadkiem nie dotknie.
***
Po powrocie do domu zawsze zaczynałam od tego samego. Zdejmowałam szpilki z ulgą graniczącą z błogosławieństwem. Potem białą bluzkę, która przez osiem godzin udawała razem ze mną, że mam nad wszystkim kontrolę. Potem spódnicę, rajstopy, cały ten bankowy kostium człowieka odpowiedzialnego i niepodatnego na chaos. Wciągałam szare dresy, trochę już wypchane na kolanach, i od razu robiło mi się lżej, chociaż tylko na zewnątrz. W środku nic się przecież od tego nie zmieniało.
Dom ma swoje rytuały, tak samo, jak bank. Tyle że bankowe rytuały są dla ludzi z zewnątrz, a domowe dla tych, którzy próbują przetrwać do jutra. Zajrzałam do pokoju córki. Uczyła się, a raczej siedziała nad zeszytem z miną skazańca. Inhalator leżał obok książek jak zawsze pod ręką. To był jeden z tych przedmiotów, które z czasem przestaje się zauważać, bo stają się częścią krajobrazu. Jak kubek, lampka czy pilot. Tylko że ten akurat przypominał, że wystarczy jedna gorsza noc i wszystko może wywrócić się do góry nogami.
Pogadałyśmy chwilę o lekcjach, o kaszlu, o tym, że ma nie otwierać okna. Potem podałam leki, wstawiłam coś do jedzenia, przygotowałam ubrania na jutro, sprawdziłam jeszcze raz, czy inhalator jest naładowany. Takie drobiazgi. Z takich drobiazgów składa się życie człowieka, który boi się zasnąć zbyt głęboko. Ktoś z zewnątrz zobaczyłby zwykły wieczór. Ja widziałam listę zabezpieczeń przed cudzym oddechem, który może nagle stać się walką.
Do kieliszka nalałam odrobinę białego wina i dolałam wody. Zawsze rozcieńczałam. Nie dlatego, że jestem rozsądna. Dlatego, że jestem tchórzem. Chciałam sobie zostawić złudzenie, że na chwilę odpuszczam, ale jednocześnie wiedziałam, że jeśli córka zacznie się dusić, mam być przytomna, szybka i trzeźwa. W życiu są takie półśrodki, które nie służą nikomu poza własnym sumieniem.
Kiedy mieszkanie trochę ucichło, usiadłam przy komputerze. To był mój mały, wstydliwy rytuał. Światło monitora, trzaski połączenia, okno logowania i ta jedna sekunda, w której człowiek może jeszcze udawać przed sobą, że wchodzi tam przypadkiem. Że tylko zerknie. Że tylko sprawdzi. Że to nie ma znaczenia.
Wpisałam nick.
klexxx99
I już. Bankowa paniusia znikała. Zostawałam kimś, kogo ludzie nie widzieli, tylko czytali. To było dziwne uczucie, niemal wyzwalające. W życiu realnym ludzie zawsze najpierw widzą twarz, ubranie, zmęczenie, obrączkę lub jej brak, cienie pod oczami, wiek. W sieci najpierw widzą słowa. To bywa niebezpieczne, ale potrafi też być ulgą.
***
Internet długo wydawał mi się miejscem nie dla mnie. Czymś pomiędzy bazarem a poczekalnią, gdzie wszyscy coś sprzedają, szukają albo udają mądrzejszych, niż są naprawdę. Korzystałem z niego właściwie, gdy musiałem i czegoś potrzebowałem. Instrukcje, katalogi części, czasem wiadomości. Tego dnia też zacząłem od czegoś podobnego. Szukałem informacji o jednym modelu podajnika papieru, bo klient upierał się, że ta seria zawsze się zacina. Potem w coś kliknąłem, sam już nie pamiętam jak. Jakiś portal, jakieś aktualności, jakieś zakładki, których normalnie bym nie otwierał.
I wtedy zobaczyłem czat.
Nazwy pokoi były trochę śmieszne. Samotni, Bezsenność, Sympatia, jakieś poetyczne albo głupawe słowa, za którymi pewnie siedzieli zwyczajni ludzie w zwyczajnych mieszkaniach. Nie wiem, co mnie podkusiło. Ciekawość, nuda, może to, że córka znowu zamknęła się w pokoju i nie miała ochoty ze mną rozmawiać. A może po prostu chciałem przeczytać, jak obcy ludzie próbują oszukać samotność słowami.
Wszedłem.
Od razu poczułem się jak człowiek, który przypadkiem wszedł na cudze przyjęcie bez zaproszenia. Wszyscy pisali szybko, skrótami, z jakąś lekkością, której nie rozumiałem. Żartowali z rzeczy, których nie znałem. Przekrzykiwali się wielkimi literami. I była wśród nich ona. klexxx99. Nawet nie dlatego, że pisała najwięcej. Po prostu wokół niej wszystko jakoś się skupiało. Ktoś ją zaczepiał, ktoś próbował rozśmieszyć, ktoś inny dostawał od niej ciętą odpowiedź i cała reszta natychmiast to podchwytywała. Nie była najgłośniejsza. Była po prostu tym typem obecności, wokół której zaczynają krążyć inni, choć nie do końca rozumieją dlaczego.
Patrzyłem na ten nick dłużej niż na inne. Dziewięćdziesiąt dziewięć. Tę samą końcówkę, którą nosiłem w głowie od paru dni, bo kiedy zakładałem swoje pierwsze konto pocztowe, też musiałem dopisać liczby. Głupia zbieżność, ale człowiek łapie się czasem głupstw jak poręczy. W życiu po pewnym czasie takie drobiazgi zaczynają robić za znaki. Nie dlatego, że naprawdę coś znaczą. Po prostu człowiek chce wierzyć, że cokolwiek układa się jeszcze w jakiś wzór.
Siedziałem przed monitorem i czułem się jednocześnie za stary, zbyt poważny i śmiesznie podekscytowany. Jak ktoś, kto przypadkiem uchylił drzwi do obcego pokoju i zamiast od razu się wycofać, został w progu tylko dlatego, że usłyszał własne imię, choć nikt go przecież nie znał.
Napisałem coś. Sam nie wiem po co.
