💦 CREATE AND FUCK YOUR OWN AI CUMSLUT 🔥 TRY NOW ♥
Create AI Cumsluts 💦
October 28, 2025

Opowieści ciechocińskie — Borowina

Opowieści ciechocińskie — Borowina

Błotna kąpiel


Nie boisz się, prawda?
Siedzisz w wannie, patrzysz na ciemną maź i myślisz, że to tylko zabieg.
Że ciepło, które oplata ci uda, ma leczyć, a nie przypominać.
Że błoto to tylko błoto, a nie pamięć.
Znam ten spokój. Też tak siedziałam.
Tylko ja wtedy jeszcze wierzyłam, że człowiek może wypocić z siebie winę.

Przyjechałam tu, gdy zima ustępowała wiośnie, niechętnie i powoli.
Śnieg topniał w rowach, a powietrze było ciężkie od mokrej ziemi. Drzewa jeszcze łyse, ale pod korą tętniło coś, co chciało rosnąć.
Pociąg zatrzymał się z jękiem. Na peronie pachniało dymem i solą.
Ciechocinek.
Miejsce, gdzie nawet grzech miał w sobie odrobinę elegancji.
Przyjeżdżali tu ludzie z bolącymi kolanami i sercami — jedni z powodu choroby, inni z powodu miłości. Ja przyjechałam z powodu jednego mężczyzny, którego już nie było.

Xawery.
Tak miał na imię.
Nie piszę „mój Xawery”, bo nigdy naprawdę do mnie nie należał.
Był zbyt dumny, zbyt czysty w środku. A ja byłam kobietą, która nauczyła się zdobywać wszystko oprócz tego, co naprawdę chciała.
Z początku bawiłam się nim, jak bawi się nową zabawką. Był inny — spokojny, uważny, nie dawał się prowadzić jak inni. Z początku to mnie drażniło. Potem przyciągało.
Pamiętam jego dłonie — długie, mądre, zawsze ciepłe i delikatne.
Gładziły książki, nie kobiety.
Patrzył na mnie jak na zagadkę, którą pragnie rozwiązać, ale boi się poznać odpowiedź.
Byłam dla niego wszystkim, czym kobieta potrafi być dla mężczyzny: olśnieniem, zagrożeniem, ukojeniem i trucizną.
I może właśnie dlatego odszedł.
Nie krzyczał, nie prosił. Po prostu odszedł.
Wciąż pamiętam ostatnie chwile: cichy dźwięk zamykanych drzwi, zapach jego włosów.
Nie zostawił żadnego listu.
To bolało bardziej niż zdrada. Bo w tym milczeniu był sąd i wyrok.

W Ciechocinku miałam nie myśleć.
Miałam leczyć ciało.
Codziennie chodziłam do łaźni, spacerowałam po parku, piłam wodę z uzdrowiskowej pompki, udawałam, że interesuje mnie pogoda.
Byłam znudzona i żywa tylko wtedy, gdy ktoś na mnie patrzył.
Mężczyźni przy stole spoglądali z zachwytem.
Ich żony — z niepokojem.
Uwodziłam spojrzeniem, słowem, ruchem wachlarza.
Grałam jak kiedyś, żeby zapomnieć o sobie.
Nie potrzebowałam ich miłości, tylko uwagi.
Ich zachwyt był dla mnie jak tlen: podtrzymywał pozory życia.
Jednego dnia jeden z nich, młody lekarz, zaprosił mnie na koncert orkiestry. Uśmiechnęłam się i odmówiłam, choć wiedziałam, że i tak przyjdzie pod mój balkon.

Przyszedł, prosił.

Inny — pewien emerytowany oficer przyniósł mi róże, które jeszcze tego samego wieczoru zwiędły w wazonie. Liczył na coś więcej.

Nie dostał.

Byłam grzeczna i okrutna zarazem.
Kiedy ktoś próbował mnie pocałować, mówiłam półgłosem:
– Nie rób tego, nie tutaj, nie teraz!
I odchodziłam.


To była moja gra.
Jedyna, w której zawsze wygrywałam.
Aż do dnia, gdy ciało zaczęło się buntować.

Z początku myślałam, że to zmęczenie.
Zbyt dużo spacerów, zbyt mało snu.
Później zauważyłam, że ręce mi drżą, a w łazience mdli mnie od zapachu mydła.
Zrozumienie przyszło powoli jak gorączka.
Nie musiałam liczyć tygodni.
Wiedziałam.
Wiedziałam, że w moim ciele zostało coś po Xawerym.
Dowód, że choć odszedł, wciąż we mnie trwa.
Nie wiem, czy to było błogosławieństwo, czy kara.
Może jedno i drugie.
Nie chciałam tego dziecka.
Nie w tamtym życiu.
Nie z tamtym sercem.
Nie w świecie, gdzie kobiety, które upadają, mają obowiązek podnosić się w milczeniu.

Któregoś razu lekarz, ten sam, który mierzył mi puls przy przyjęciu do kurortu, zapytał, czy nie odczuwam zmęczenia po zabiegach.
Uśmiechnęłam się z lekceważeniem. Powiedziałam, że gorąco mnie koi, że w błocie czuję, jak z ciała wypływa cały żal, wszystko co niechciane.
Skinął głową, jak to mężczyźni mają w zwyczaju, gdy nie chcą spierać się z kobietą.
Dopiero po chwili, nie patrząc na mnie, dodał cicho:
– Proszę nie przesadzać z temperaturą. Borowina to żywioł, panno Franciszko. Ciepło, które uzdrawia, bywa też tym, które odbiera.

Nie odpowiedziałam.
Nie musiałam.
Czułam, że on coś przeczuwa. Że widzi we mnie nie pacjentkę, ale kobietę, która przyszła tu z zamiarem, choć sama nie potrafi go nazwać.

Zaczęłam kąpiele w borowinie.
Tego samego dnia poprosiłam kąpielową, by dolała więcej wrzątku. Dziewczyna spojrzała na mnie niepewnie, lecz wykonała polecenie.
– Gorące, pani – powiedziała z wahaniem. – Bardzo gorące.
– Wiem – odparłam. – Tak ma być.

Kiedy zanurzyłam się po szyję, miałam wrażenie, że błoto zaczyna oddychać razem ze mną.
Nie wiedziałam, czy mnie leczy, czy już żegna.


Dziewczyna, która mnie obsługiwała, nie wiedziała, dlaczego nalegam, by błoto było gorące.
Nie dla skóry.
Dla zapomnienia.
Wierzyłam, że jeśli ciało się spali, to, co we mnie, przestanie to coś rosnąć.
Wierzyłam, że błoto może cofnąć czas.

Dziś patrzę na ciebie i widzę, że masz w sobie to samo.
Ten sam śmiech zbyt głośny, spojrzenie zbyt pewne, żeby nie było w nim lęku.
Przyjechałaś tu po zabawę, prawda?
Po flirt, po oddech, po ucieczkę od siebie.
Nie martw się, wszyscy tak przyjeżdżają.
Tylko nie wszyscy wyjeżdżają.
Kiedy woda zacznie cię pieścić, kiedy błoto oplata twoje biodra, pamiętaj — ono nie tylko ogrzewa.
Ono słucha.
Ono pamięta.
I oddycha razem z tobą.

Tamtego dnia przyszłam do łaźni wcześniej.
Nikogo nie było.
Tylko para, zapach ziemi i mój oddech.
Zsunęłam szlafrok.
Patrzyłam na siebie w lustrze — nie na kobietę, lecz na coś pomiędzy człowiekiem a wspomnieniem.
Na twarz, w której nie było już gniewu, tylko spokój.
Położyłam się powoli.
Borowina objęła mnie jak kochanek, którego zna się od dawna.
Była gorąca.
Poczułam, że pulsuje we mnie i wewnątrz niej.
Nie wiedziałam już, gdzie kończy się ciało, a zaczyna błoto.
Zamknęłam oczy.
Wtedy zobaczyłam Xawerego.
Stał przy brzegu, w tym samym płaszczu, w którym odchodził.
Uśmiechał się. Nie z wyrzutem, nie z żalem.
Tylko spokojnie, jak ktoś, kto wreszcie zrozumiał.
Wyciągnął dłoń.
– Nie bój się – powiedział. – To tylko sen.
Chciałam go dotknąć, ale nie mogłam.
Błoto przytrzymało mnie delikatnie, jakby wiedziało, że jeszcze nie pora.
– A dziecko? – zapytałam.
Nie odpowiedział.
Tylko spojrzał w dół, w moje wnętrze.
Wtedy poczułam chłód.
Nie strach, tylko pustkę.
Nie pamiętam, co było dalej.
Czy to ja się poślizgnęłam, czy ktoś mnie popchnął?
Czy to był wybór, czy wyrok?
Wiem tylko, że woda była ciepła, a potem nie było już nic.

Kiedy znaleźli moje ciało, podobno wyglądałam jak śpiąca.
Na policzkach miałam róż, jakbym dopiero wyszła z balu.
Nikt nie mówił o dziecku.
Nikt nie mówił o Xawerym.
Mówiono tylko: jeszcze jedna, która przesadziła z kąpielami.
Tyle że ja wcale nie odeszłam.
Zostałam.
W tym błocie, w tej parze, w tym rytmie kapania wody.
Borowina nie zapomina.
Ona przyjmuje.
I czasem — oddycha moim imieniem.

Wiem, że mnie nie widzisz.
Patrzysz w sufit, mrużysz oczy, czujesz ciepło, które wędruje wzdłuż kręgosłupa.
To ja.
Nie bój się.
Nie przyszłam po ciebie.
Przyszłam, byś zrozumiała, zanim będzie za późno.
Miłość nie jest grą.
Nie jest trofeum, które można odłożyć na półkę.
Nie jest drabiną, po której wspinasz się, żeby zobaczyć więcej.
Miłość jest błotem — ciepłym, ciężkim, brudnym, prawdziwym.
Kiedy w niej leżysz, nie możesz udawać.
Ona wie wszystko.

Czasem przychodzą tu takie jak ty.
Śmieją się, flirtują, bawią.
Mają perfumy o zapachu białych kwiatów i oczy, które nie potrafią płakać.
Siadają w wannie, a wtedy błoto zaczyna drżeć.
Nie widzą mnie, ale czują dotyk — lekki, jak cień dłoni.
To ja.
Kładę im palce na skroniach, jakby chciała ułożyć ich myśli.
Nie robię im krzywdy.
Tylko przypominam, że każda zabawa ma swój koniec.

Nocami siedzę na brzegu wanny, tej samej, w której przestałam oddychać.
Światło lamp odbija się w lśniącej powierzchni, jak w oczach dziecka, które nigdy się nie narodziło.
Czasem myślę, że wciąż we mnie jest.
Że rośnie gdzieś pod ziemią, w ciepłym błocie, które nie zna słów.
Czasem czuję jego ruch.
Jak oddech, który przypomina bicie serca.

Nie wiem, czy mnie słyszysz.
Może tylko śnisz i jutro zapomnisz, że cokolwiek tu mówiłam.
Jeśli choć przez chwilę pomyślisz, że ciepło, które otula twoje ciało, to coś więcej niż zabieg,
że dotyk, który czuje twoja skóra, to nie przypadek —
to znaczy, że coś zrozumiałaś.
Nie bój się tego.
Nie każdy, kto zniknął, naprawdę odszedł.
Nie każda kąpiel kończy się wyleczeniem.
Nie każda kobieta chce być uzdrowiona.
Nie wiem, czy mnie widzisz.
Wiem, że cię pamiętam.
Bo każda, która tu przychodzi, jest mną.

Ciechocinek się zmienił.
Zniknęły orkiestry, nie ma już mężczyzn w kapeluszach, kobiet w koronkowych rękawiczkach.
Zostały tylko tężnie i ten sam zapach ziemi po deszczu.
I ja — w tej łaźni, w której wciąż paruje grzech.
Nie ma dnia, żebym nie słyszała kroków.
Nie ma nocy, żebym nie widziała cieni.
Każdy, kto tu wchodzi, zostawia cząstkę siebie.
A ja ich wszystkich znam po imieniu.
Bo błoto pamięta.

Wstaniesz za chwilę. Owiniesz się ręcznikiem. Spojrzysz w lustro i zobaczysz własną twarz, trochę rozmazaną przez parę.
Może ci się wyda, że coś mignęło za twoim ramieniem.
Nie bój się.
To tylko ja — Franciszka.
Nie przerażaj się, jeśli jutro wrócisz tu znowu, mimo że nie planowałaś.
Błoto przyciąga tych, którzy jeszcze nie przebaczyli sobie.
A jeśli pewnego dnia zostaniesz tu dłużej, niż zamierzałaś —
nie martw się.
Ja cię znajdę.
Ułożę twoje włosy na wodzie.
I nauczę cię ciszy.
Bo błoto to nie grób.
To łono.
Tylko trzeba pozwolić, żeby cię przyjęło.

„Niech borowina leczy ciało, lecz niech nikt nie wierzy,
że uleczy duszę”.
— Napis zachowany na framudze drzwi w Łaźni nr 3